Przejdź do głównej zawartości

upierdliwy tydzień: czas start!

Wiecie co, K. zrobił mi świetną grafikę na bloga. Niestety, ponieważ robił szybko i pomiędzy niańczeniem syneczka a robieniem nam obiadu, zapomniał o optymalizacji na smartfony... Także sorry, K., wracam do szablonu Bloggera, a o nowym pomyślimy z czasem.

Póki co: nasz weekend i nowy tydzień, który zaczął się dość miło, a skończy- może nawet jeszcze milej, pomimo że nic na to nie wskazywało. Skąd to wiem i dlaczego akurat tak? Nie widzę innej możliwości, skoro już zaprosiliśmy gości na- TADAM!- Pierwsze Urodziny Panicza. O tym zaraz.

Weekend spędziliśmy zupełnie cudownie, żałuję że nie może być tak codziennie. Wstaję rano, ogarniam synka, robię nam śniadanie, w tym czasie K. spaceruje z psem i zastanawia się jak uprzyjemnić nam ten dzień... Stop. Oczywiście, że nie. W piątek odstawiliśmy Potomka i Piesia do babci- "na nocowanie", dzięki czemu mogliśmy spokojnie uzupełnić zapasy w lodówce, rozejrzeć się za kilkoma niezbędnymi rzeczami (wg. mojego męża), a następnie spędzić pierwszą zieloną noc od czasu kiedy Młodzieniec odmówił korzystania z mobilnej mleczarni. Część z Was wie, jaka to ulga:)

Ale najpierw: spożywczak! Uwielbiam patrzeć na K., kiedy realizuje listę zakupów. To skupienie, wzrok wyostrzony w kierunku promocji, zaczynają mu rosnąć wąsy a na stopach zamiast trampek pojawiają się sandały i skarpety. No ale, dzięki temu, według jego wyliczeń, wydaliśmy 80 zł mniej (niż zakładany budżet) i jesteśmy zaopatrzeni w razie gdyby "coś". Niespodziewane wizyty krewnych, skażenie powietrza, zakaz opuszczania domu itd.  Przytargaliśmy do domu jakieś 10 siatek, rozpakowaliśmy, K. zległ na kanapie i przez moment wydawało mi się, że nici z naszych seksownych zielonych planów- na szczęście w porę podane zimne piwo i małe wprowadzenie go w temat dekoltu zdziałało cuda. Jeśli istnieje na świecie coś lepszego, niż własny facet, to nie informujcie mnie o tym. Nie chcę wiedzieć:)

W związku z wolnym weekendem, mogliśmy nieco dłużej pospać w sobotę, wypić gorącą kawę, zaplanować jako-tako dzień i już trzeba było jechać do Teściowej. Tam stęsknione maluchy, czyli Potomek i Psiesek, domagające się uwagi i atrakcji. K. jeszcze szybko skosił mamie ten kawałek ogródka, zjedliśmy wczesny obiad, dostaliśmy na wynos conieco i do Teściowej przyszły koleżanki. Niesamowite, jaką ta kobieta ma łatwość w nawiązywaniu kontaktów. Mieszka tam zaledwie miesiąc, niepełny, a już ma koleżanki z sąsiedztwa, już są na ty, już organizują wspólne grillowe popołudnia. Świetna sprawa!
My z grilla zrezygnowaliśmy, pojechaliśmy za to na plażę, umęczyliśmy młodzież ludzką i czterołapą, a w domu jak zwykle: dopóki Potomek nie zaśnie, nie ma mowy o czymkolwiek dla nas. Na szczęście dostał taką porcję jodu, że zasnął bez kąpieli. K. wytarł go mokrymi chusteczkami i tyle. Uwielbiam takie chwile!
Niedziela podobnie, odpoczęliśmy bardzo. K. jakimś cudem zasnął na plaży, razem z PiP, nie wiem jakim cudem udało się to w tym hałasie i wietrze, ale drzemka była wyjątkowo jakościowa. Zademonstrował mi w nocy, jak bardzo się zregenerował:) Strasznie lubię, kiedy wyjaśnia mi potrzebę regeneracji, powołując się na swoje dojrzałe lata i przypominając, że jeszcze 4 lata temu to on mógł hoho! Góry na penisie przenosić! Jest taki rozbrajający wtedy...
Powrót na ziemię nastąpił w poniedziałek rano, od żłobka, po popołudniową zmianę w pracy (nie znoszę!), wizytę K. u jego lekarza zarówno od facetowskich spraw jak i od tych okropnych- badania w porządku, od dziś zaczyna ćwiczenia.

Wczoraj z kolei znów skorzystaliśmy z opcji "Babcia" i pojechaliśmy do restauracji wyprawiającej roczek, żeby już zamknąć temat. Tam- rozpierducha! Jedna osoba przyjmowała od nas zlecenie, ustalała menu, pobierała zaliczkę- okej. Wczoraj przywitała nas zupełnie inna pani, która w poważaniu  miała wszelakie ustalenia. Jej zdaniem "nie dało się"- ani zrealizować menu (co za bzdura! wybraliśmy z pozycji z listy, same obecnie dostępne rzeczy), ani zapewnić nam miejsca w ogródku, choć specjalnie je rezerwowaliśmy, problemy piętrzyły się jak fale aż w końcu doszło do momentu kulminacyjnego, w którym mój milczący dotąd mąż zapytał opanowanym, acz zimnym głosem: "Rozumiem, że odmawia pani realizacji usługi?". Pani nie potwierdziła, nie zaprzeczyła, nie chciała tez ujawnić powodu tych nagłych problemów. Postawiła na bierną agresję. I tu ponownie wkroczył K. Wydobył z plecaka umowę, którą podpisaliśmy ostatnio, stuknął palcem w przysłowiowy punkt 5, w którym było szczegółowo opisane że jeśli my odmówimy to zaliczka przepada, a jeśli oni skrewią to dostajemy 200% zwrotu, pani zbladła, na to wszystko weszła właścicielka knajpki. 
K., nadal opanowanym głosem, oznajmił że odmówiono realizacji zamówionej usługi, pani warknęła do swojej szefowej coś w stylu "Baśka przyjmowała na sobotę, a przecież wtedy mamy...", mąż to zignorował zupełnie, nie słuchając tłumaczeń właścicielki wręczył jej naszą wizytówkę z numerem konta i uprzejmie pożegnał obie panie. Wyszliśmy w samą porę, bo za plecami wybuchała właśnie ostra awantura. Zostaliśmy z niczym. Byłam już konkretnie zła, bo K. z dużą dozą pewności siebie i swoich decyzji, nie odzyskał nawet pieniędzy, nie poszedł na kompromis, nie dyskutował zupełnie, straciliśmy miejsce, goście zaproszeni a roczku nie będzie! Jak to tak? 

Napięcie między nami narastało w tempie błyskawicznym, wskazówka potencjonometra była już na czerwonym polu no i musiałam go dość głośno zapytać, jak teraz sobie to wszystko wyobraża? I wiecie co...? Nie ma to jak dojrzały gość! W ogóle nie zaangażował się w dyskusję, nie podjął sprzeczki, w zamian za to zaprowadził mnie na lody z okienka i wspólne rozejrzenie się po pobliskich restauracjach. Po 5 minutach wpadła nam w oko najbardziej urocza na świecie, mała knajpeczka z zejściem do ogródka, w starej, prześlicznej kamiennicy. Nie sądziłam, że w ogóle mamy szansę, okazało się, że owszem-miejsce jest, bo właśnie ktoś nie potwierdził rezerwacji na sobotę- dacie wiarę? Zaproponowane menu okazało się świetne, ceny również dość przyjemne. K. szybko opłacił zaliczkę, podpisaliśmy umowę, a mi nie pozostało nic innego jak mocno go pocałować i przeprosić. Dlaczego ja jestem taka głupia, dlaczego tak szybko ulegam emocjom? Nie znoszę tego w sobie, wciąż pracuję na tym tematem, a jednak czasem... szkoda gadać.
Dziś rano przyszedł przelew, zwrot zaliczki plus umowne drugie tyle z tamtej pierwszej knajpy. I mail od pani, która przyjmowała zamówienie od nas, wyjaśniający sytuację i z przeprosinami.
Magia, prawda? A mi głupio jak cholera...

W każdym razie, impreza się odbędzie, nasz najsłodszy Królewicz będzie miał pierwsze swoje party! No i jednak będą dzieci, S.- chrzestna- przyjedzie ze swoją dwójką. A ja kminię jeszcze nad dekoracjami, jutro prosto z pracy mam tam wpaść i coś ustalić. K. mówi, że kwiaty na stole i nara, ale skoro to impreza Malucha, to może jednak... chociaż jakaś mini mini dzieciowa dekoracja? Kwestię alkoholu, o której pisałam jeszcze na FB, rozwiązaliśmy w taki sposób, że na stole flaszek nie będzie. Ani wina, ani zimnego piwa, ani nic. Po prostu, jeśli ktoś będzie miał ochotę, zamówi sobie kieliszek/szklankę, a obsługa doda to do ostatecznego rachunku. Myślę, że jest to kompromis: alkohol jest dostępny jeśli ktoś chce, a opłata za to pozostaje w naszej gestii. Nie wyobrażam sobie, żeby zrobić taką wieś i kazać komuś płacić za jakąkolwiek pozycję z rachunku. Chyba dobre rozwiązanie? 
Teściowa zaproponowała kontynuację imprezy u niej: grill, jakieś winko i wspólny czas spędzony w ogródku, dla tych co nocują w mieście. Mąż podjął temat, pojedzie tam w piątek i uprzątnie co trzeba, wytyczą jakieś ścieżki poruszania się w tym giga remoncie, no i Mama uparła się, że tym razem to ona organizuje i ona płaci. Chciała też dołożyć się do restauracji, ale delikatnie odmówiliśmy, kobieta chce nam nieba przychylić- ale kurczę, nie. Oboje dobrze zarabiamy, o tym że mamy dziecko i kończy ono roczek wiedzieliśmy już od- hm, no cóż, roku:), myślę, że taka finansowa ingerencja w sprawy, które stanowią jakąś część struktury naszej rodziny, nie jest potrzebna. To leży w naszej, rodziców, gestii. Nie chcę też wyjść na osobę, która "nie docenia". Docenia, ale stawia granice. Na szczęście K. ma takie samo zdanie w tej sprawie.

A nasz Myszolek ma urodzinki dziś w żłobku! To znaczy miał, torcik owocowy, kukurydziane chrupki i mus z dyni poszły razem z nim do żłobka. Oczywiście wiem, że te dzieciaki nic z tego nie rozumieją, ale Myszolek dostał podobno papierową koronę i były jakieś specjalne piosenki śpiewane przez panie opiekunki. K. już go zabrał stamtąd, pisał że synek umazany dynią i bardzo wesoły, poszli teraz na spacer i do paczkomatu. 
A ja siedzę w pracy, czekam na kolejnego pacjenta i w przerwach stukam sobie w klawiaturę. Zaczęłam od opisu kilku dni: tę tradycję będziemy święcić raz na miesiąc, tak jak zwykle, ok? Nasze życie nie jest specjalnie fascynujące, a opisywanie co jedliśmy i gdzie byliśmy na spacerze to trochę blogi 2010. Wracam do moich stałych tematów!
Do następnego, kisskiss!